|
komentarz makroekonomiczny
11.05.2009 10:58
Spór o to, czy w Polsce będzie recesja, czy nie, nie ma sensu. Rząd zamiast zaklinać rzeczywistość, powinien wreszcie przystąpić do nowelizacji budżetu i przyjąć tym razem realistyczne założenia.
Małgorzata Pokojska
Komisja Europejska po raz kolejny skorygowała prognozy dla polskiej gospodarki. Według nich tegoroczny wzrost gospodarczy będzie negatywny. PKB spadnie o 1,4 %. Minister finansów nie zgadza się z tymi przewidywaniami. Twierdzi, że w tym roku polska gospodarka urośnie więcej niż o 1 %. Tłumaczy, że Bruksela nie ma pełnego obrazu sytuacji. Zbyt pesymistycznie oceniła zarówno inwestycje, jak i konsumpcję. Prognozując spadek inwestycji o 6,2 %, nie wzięła pod uwagę inwestycji drogowych (w tym roku chcemy na nie przeznaczyć dodatkowo 10 mld zł) ani kończonych projektów mieszkaniowych. Przewidując znaczące osłabienie konsumpcji (wzrost o 0,6 %), nie uwzględniła impulsu popytowego wynikającego z obniżki składki rentowej, stawek podatku PIT oraz waloryzacji rent i emerytur.
Unijni ekonomiści bez sentymentów oszacowali także nasz deficyt finansów publicznych. W tym roku miałby on wynieść 6,6 % PKB. W tej kwestii rząd mocnych argumentów nie ma. W ubiegłym roku deficyt wyniósł 3,9 %, choć z informacji wysłanych do Brukseli kilka miesięcy temu wynikało, że był nieco niższy od dopuszczalnego poziomu 3 %. Wybielanie rzeczywistości się nie udało, procedury nadmiernego deficytu nie unikniemy. Ale to nie wszystko. W obecnym kryzysowym roku nie można się spodziewać lepszego lub choćby podobnego wyniku jak w ubiegłym roku. Minister finansów twierdzi wprawdzie, że najczarniejsza prognoza na ten rok to 4,6 %, ale nie bierze pod uwagę wzrostu samego deficytu budżetowego, lecz tylko ubytki w dochodach, które jak zwykle oszacował optymistycznie. Tymczasem prawie wszyscy ekonomiści, nawet ci, którzy uważają, że recesji u nas nie będzie, wieszczą wzrost deficytu.
Skala deficytu jest pochodną wzrostu gospodarczego. Nawet jeśli przyjąć, że wzrost PKB będzie w tym roku zerowy, z małymi odchyleniami w górę lub w dół, co przewiduje większość ekonomistów, dochody państwa pozostaną na poziomie ubiegłorocznych, podczas gdy ustawa budżetowa zakłada, że powiększą się o 13 %. Jak policzył Stanisław Gomułka, ubytek dochodów samego budżetu z tytułu spowolnienia może wynieść 25 mld zł, a całych finansów publicznych 40 mld zł. To zaś oznacza, że szacunki Brukseli są poprawne. Trudno spodziewać się, że tak ogromny niedobór rząd pokryje oszczędnościami, jak deklaruje, zwłaszcza że do tej pory szukał ich nie tam gdzie trzeba (rezygnacja z reformy KRUS). Większość ekonomistów nie ma złudzeń, że konieczny będzie cały pakiet działań, a więc dalsze cięcia wydatków oraz zwiększenie dochodów (akcyza plus różne opłaty, które formalnie nie są podatkami) i samego deficytu.
Jak rząd sobie poradzi, dowiemy się wkrótce, bo nowelizacja budżetu jest już przesądzona. Wtedy też prawdopodobnie okaże się, że to Bruksela lepiej wie, co w naszej trawie piszczy niż nasz rząd.
|
|