|
komentarz makroekonomiczny
16.02.2009 11:29
| Wyścigi prognoz z realiami |
 |
Najpierw analitycy głosili złowieszcze prognozy, teraz dane, jakie napływają z gospodarki, są często gorsze od ich oczekiwań.
Małgorzata Pokojska
Według szacunków resortu gospodarki, nasz PKB w czwartym kwartale urósł o 3%. Jeśli to prawda, byliśmy najdynamiczniej rozwijającą się gospodarką na mapie zjednoczonej Europy. Nawet Słowacja, która ostatnio uchodziła za prymusa i wzór do naśladowania, odnotowała wzrost niższy. Jej PKB zwiększył się o 2,7%. Zdecydowana większość krajów unijnych jest na minusie. Największa w Europie gospodarka niemiecka skurczyła się o 1,6%, brytyjska o 1,8%, a francuska o 1%. Można więc powiedzieć: górą nasi, ale to byłaby przedwczesna radość, bo idzie gorsze.
Wprawdzie minister finansów nie przewiduje u nas recesji, ale jak wyznał, jest przygotowany na gorszy scenariusz niż 1,7-proc. wzrost gospodarczy w tym roku. Analitycy rynkowi, którzy zawsze wyprzedzali rządowych ekonomistów w pesymizmie, dziś mówią najczęściej o 1-proc. wzroście. Tak więc dystans wyraźnie się zmniejsza, co oznacza, że zmierzamy ogólnonarodowego do konsensusu. Ale o konsensus prognoz z realiami będzie trudniej, bo niektóre realne wskaźniki, są jeszcze gorsze niż przewidywania analityków rynkowych. Weźmy choćby bezrobocie. W styczniu powiększyło się ono o 160 tys. osób. Stopa bezrobocia w ciągu zaledwie jednego miesiąca wzrosła z 9,5% do 10,5%. Tego się nikt nie spodziewał.
O zwolnieniach w branżach produkujących na eksport było co prawda głośno, ale wszyscy mieli nadzieję, że firmy jakoś to przetrzymają, będą skracać czas pracy, redukować płace, ale na masowe zwolnienia się nie odważą, bo przecież eksport może w każdej chwili odbić. W grudniu był aż o 16,4% niższy niż rok wcześniej, ale europejskie rządy zaczęły właśnie poważnie wspierać popyt wewnętrzny, więc również polskie produkty powinny się lepiej sprzedawać. Może tak by się stało, gdyby słabnący eksport był jedynym zmartwieniem polskich firm.
Tymczasem okazało się, że część z nich traci płynność, bo zamiast zabezpieczać się ryzykiem kursowym, poszła w spekulację i teraz, gdy złoty gwałtownie stracił na wartości, musi rozliczać się bankami po niekorzystnym kursie. To ma dalsze implikacje, bo banki oprócz tego, że muszą tworzyć rezerwy na takich zagrożonych klientów, mają również trudności z pozyskaniem pieniędzy na kredyty. W kraju kredyty przewyższyły depozyty, a globalny rynek międzybankowy zamarł z powodu kryzysu zaufania. Firmy borykają się więc nie tylko ze słabnącym popytem zagranicznym, ale także ze zdobyciem finansowania bankowego. Kłopot mają nie tylko ci, którzy grali na rynku walutowym i przegrali, ale również ci, którym nic zarzucić nie można.
Z danych NBP wynika, ze w styczniu banki udzieliły firmom 1 mld zł kredytów, a firmy wycofały z lokat bankowych 4,6 mld zł. Firmy, by się ratować, sięgają więc do oszczędności, ale nie wszystkie je mają. Poza tym oszczędności kiedyś się skończą. I co wtedy? Czy uda nam się uratować wzrost gospodarczy choćby na poziomie 1 %? Czas pokaże.
|
najnowsze komentarze
| _Pełnotłusty |
ocena: 0 |
2009-02-16 16:47:28 |
A krzywa Pickarda? A wzory Mammusa? Troszkę wiedzy by się przydało, by ten tekst zakończyć nie znakiem zapytania ale kropką.
Idą czasy nie ciężkie, ale dramatycznie wręcz niełatwe. Będzie recesja taka, że ludzie wyjdą na ulice. Jedynie naiwniak lub ignorant jest w stanie uwierzyć, że kolejne setki miliardów (waluta dowolna) mogą coś zmienić. I to nie jest kwestia najbliższego roku czy dwóch ale raczej dekadę będziemy czekać by trendy trwale się odwróciły. |
|