|
finansowy przegląd prasy
23.01.2008 16:00
Ben Bernanke mówił kiedyś o zrzucaniu pieniędzy z helikopterów, jeśli to byłoby konieczne do uratowania gospodarki w kryzysie. Prezes Fed prawdopodobnie nie wyobrażał sobie, że te helikoptery będą nosiły godła naftowych mocarstw, bogatych w gotówkę azjatyckich krajów i będą latały nad Wall Street. A jednak taka eskadra przybyła na ratunek najsłynniejszych instytucji finansowych świata kapitalistycznego - czytamy w The Economist.
Wanda Żółcińska
15 stycznia 2008 roku rządy Singapuru, Kuwejtu i Korei Południowej dostarczyły ponad 21 mld USD Citigroup i Merrill Lynch, dwóm bankom, które straciły fortuny w wyniku kryzysu kredytów hipotecznych w USA. Nie po raz pierwszy na scenę wkroczyły nadwyżki z krajów rozwijających się - tzw. sovereign-wealth funds (SWF) - fundusze majątku narodowego, które wyrastają w ostatnich latach jak grzyby po deszczu, dzięki coraz wyższym cenom ropy naftowej i boomowi eksportowemu w Azji. Od początku amerykańskiego kryzysu kredytowego fundusze te zaryzykowały niemal 69 mld USD na dokapitalizowanie największych światowych banków inwestycyjnych.
Na pierwszy rzut oka to dowód na to, że kapitalizm działa - twierdzą publicyści The Economist. Pieniądze przepływają z kraju, w którym jest nadwyżka oszczędności do kraju, który potrzebuje gotówki. Rządy krajów arabskich i azjatyckich inwestują pieniądze i robią to profesjonalnie. Jednak nadal są powody do niepokoju. Pierwszy to wyczerpanie SWF. A drugi, poważniejszy, to rykoszet, który z pewnością spowodują działania funduszy. Już oburzają się zwolennicy polityki protekcjonizmu i nacjonaliści. Prezydent Francji, Nicolas Sarkozy, obiecał chronić niewinnych francuskich menedżerów przed - jak się wyraził - ekstremalnie agresywnymi SWF. Warto zauważyć, że żaden z tych funduszy i tak nie był specjalnie zainteresowany Francją.
Na razie SWF mają zaledwie 2% udziałów w aktywach sprzedawanych na świecie, ale rosną bardzo szybko i są co najmniej tak duże jak światowy rynek funduszy hedgingowych. Przy tym nie mają nad sobą presji przynoszenia zysków. Z kilkoma wyjątkami (w tym fundusz norweski) nie muszą nawet ujawniać swoich celów, nie mówiąc o inwestycjach.
Dla prezesów firm, w które inwestują, mogą być mężami opatrznościowymi - miło uzyskać pomoc od kogoś, kto jest dyskretnym, długoterminowym inwestorem, który nie wtrąca się do zarządzania. Mogą jednak okazać się szkodliwe.
Na razie USA przyjęły SWF raczej przyjacielsko, ale to może być tylko czasowa przyjaźń. Zanim rozpoczął się kryzys kredytowy, amerykańscy politycy sprzeciwiali się posiadaniu przez Arabów portów i firm petrochemicznych przez Chińczyków. Zaś 15 stycznia br. Hillary Clinton stwierdziła: "Chcemy mieć o wiele większą kontrolę nad tym co robią i w jaki sposób działają SWF". Gdy minie niebezpieczeństwo, przyjęcie zagranicznych funduszy może stać się mniej przyjazne. Zwłaszcza, że w polityce odwoływanie się do lęków działa zazwyczaj lepiej niż odwoływanie się do rozsądku. Hipokryzja towarzysząca piętrzeniu barier dla zagranicznych inwestycji przy jednoczesnym żądaniu otwartego dostępu do rynków rozwijających się jest widoczna gołym okiem.
Na początek pomogłaby większa przejrzystość działań SWF - na przykład roczne raporty pokazujące ich zamiary i główne aktywa. Inwestowanie poprzez trzecią stronę, taką jak fundusze hedgingowe, także mogłoby okazać się korzystne, stanowiłoby dodatkową warstwę ochronną.
Na podstawie: The Economist: "The invasion of the sovereign-wealth funds"
|
|
|