Witold M. Orłowski Jak zaczęło się w Azji, to się na niej nie zatrzymało. Rozpoczęła się fala realizacji zysków, by choć częściowo odrobić straty, które przyniósł dalekowschodni pogrom. W ślad za giełdą szanghajską poszły w dół wskaźniki wszystkich giełd na rynkach wschodzących. Ale na tym także nie koniec, bo za rynkami wschodzącymi podążyły rynki dojrzałe. Indeksy giełdowe spadły na całym świecie, ożywiając na nowo dyskusję: czy nie grozi nam przypadkiem globalne załamanie rynku?
Żeby cała sprawa nie przeszła zbyt cicho, do dyskusji włączyły się najważniejsze autorytety na światowej scenie finansowej. Najpierw wieloletni guru pieniądza Alan Greenspan stwierdził, że gospodarka światowa jest w gorszej formie, niż się powszechnie uważa, a Stanom Zjednoczonym "z prawdopodobieństwem 30%" jeszcze w tym roku grozi recesja. Natychmiast zareagował na to zarówno jego nieco mniej sławny następca na stanowisku szefa amerykańskiego banku centralnego, Ben Bernanke, jak i - także nieco mniej słynny - europejski odpowiednik, Jean-Claude Trichet. Obaj uspokajali uczestników rynku, twierdząc że obecne wstrząsy na giełdach to zbyt mało, aby wytrącić światową gospodarkę ze ścieżki wzrostu.
O co mogło chodzić Alanowi Greenspanowi? I dlaczego na jego słowa aż tak szybko i zdecydowanie zareagowali ludzie współodpowiedzialni za stan dwóch największych gospodarek świata - USA i UE?

Udział oszczędności Aby to zrozumieć, trzeba zdać sobie sprawę z faktu, że koniunktura w gospodarce amerykańskiej - a w ślad za tym na całym świecie - w ogromnej mierze zależy od nastrojów amerykańskich konsumentów. Firmy bacznie obserwują, co się dzieje z zakupami gospodarstw domowych, przede wszystkim z ogromnymi wydatkami związanymi z zakupem i budową domów. Amerykańskie gospodarstwa domowe to największy zbiorowy konsument świata, dysponujący dochodami rzędu ponad 10 bln USD rocznie. Jeśli więc owe gospodarstwa domowe bez wahania podejmują decyzje o kolejnych wydatkach i planują ich dalszy wzrost w przyszłości, amerykańskie firmy śmiało inwestują w swój rozwój, ciągnąc za sobą całą gospodarkę światową. Jeśli jednak amerykańskie gospodarstwa domowe zaczynają zdradzać niepewność i brak zaufania do swojej przyszłej sytuacji finansowej, nadciąga nieuchronnie recesja.
Cóż więc decyduje o nastrojach i wydatkach amerykańskich gospodarstw domowych? Po pierwsze, sytuacja na rynku pracy. Tu nie ma chwilowo specjalnych powodów do niepokoju - bezrobocie wynosi w USA 4, 5%, a więc tak, jakby go w ogóle nie było. Drugim czynnikiem jest majątek gospodarstw domowych. Im większy majątek, tym łatwiej podejmować decyzje o budowie większego domu lub zakupie nowego auta. I tu właśnie tkwi problem, bowiem ogromną część majątku przeciętnego Amerykanina stanowią akcje (zarówno amerykańskie, jak zagraniczne) oraz udziały w funduszach inwestycyjnych i funduszach emerytalnych, również inwestujących znaczną część swoich aktywów na giełdach. Spadek cen akcji powoduje, że przeciętny Amerykanin odnosi wrażenie, że nieomal z dnia na dzień gdzieś wyparowały tysiące dolarów jego ciężko wypracowanych oszczędności. A jeśli przepadła znaczna część oszczędności - może warto ograniczyć bieżące wydatki i zrezygnować z zakupu większego domu?
Ostrzeżenie Alana Greenspana powinno dać nam wszystkim do myślenia. Uzmysławia ono bowiem, na jak wrażliwej podstawie opiera się obecna światowa koniunktura i jak łatwo o jej załamanie. Spora część ogromnych oszczędności amerykańskich gospodarstw domowych istnieje przecież tylko na papierze i zależy od bieżącej wyceny aktywów giełdowych - choć ludzie traktują je z takim zaufaniem i jako coś o tak pewnej wartości, jak ukryte pod podłogą złote monety. Jeśli więc na światowych giełdach dojdzie do znacznego przewartościowania akcji, a później ów spekulacyjny bąbel z hukiem trzaśnie, największa gospodarka świata może łatwo pogrążyć się w recesji, pociągając za sobą resztę globu. Sytuacji na światowych giełdach trzeba się więc bardzo uważnie przyglądać, bo jej znaczenie dla koniunktury jest większe, niż się nam wydaje.
Autor jest profesorem Szkoły Biznesu Politechniki Warszawskiej i głównym doradcą ekonomicznym PricewaterhouseCoopers.