1 marca 2005
| O związkach fuch z prywatyzacją |
 |
Śniadanie CFO w dniu 25.11.2004 obfitowało w wiele smakowitych kąsków w dyskusji. Nawet może było ich zbyt dużo, przez co nie tworzyło całości i mniej lub bardziej pogłębionej dyskusji; raczej było wymianą wielu myśli z wielu dziedzin.
Żywym i dowcipnym językiem przedstawiony na początku spotkania przez dr. Tomasza Żukowskiego stan obecnych postaw Polaków i ukazanie ich korzeni w rzeczywistości PRL-owskiej był bez wątpienia niezwykle ciekawy i zapładniający do myślenia. Wskazanie na podwójność norm wyznawanych w tamtym okresie, które zobrazował autentyczną wypowiedzią jednego z oburzonych robotników, pomstującego na złodzieja, który ukradł mu z szafki to, co on "zabrał" sobie wcześniej z produkcji, czyli też ukradł, z tym że społeczeństwo, państwo, a nie konkretnego człowieka. Prelegent wskazał, że akceptacja normy wynoszenia z pracy potrzebnych dóbr bądź wykonywanie tak zwanych fuch w trakcie godzin pracy to substytuty humanizacji pracy i partycypacji pracowniczej. Konieczna do tego celu fraternizacja z bezpośrednim przełożonym krótkoterminowo stabilizowała system - likwidując negatywne konsekwencje braku tzw. dobrego rynku i ogólnej nieefektywności gospodarki. Długofalowo odsuwała identyfikację z narzuconym ustrojem na coraz wyższe szczeble władzy. Można dodać, że w schyłkowej fazie PRL-u to już w ogóle nie było "onych" - nawet wiceministrowie i członkowie KC uważali się za "my".
Ta metanorma rodziła też poczucie współwłasności z miejscem pracy, wszak tylko z własnego można dowolnie pobierać, co się chce. Myślę jednak, że w rozpowszechnieniu takich postaw w plebejskim społeczeństwie słychać było też echo chłopskiego prawa do pobierania w ramach serwitutów z pańskiego lasu - chrustu czy drewna.
Ciekawe spostrzeżenie, które poczynił Tomasz Żukowski, to, że owa metanorma stała się jedną z praprzyczyn niechęci do prywatyzacji. Zmiana własnościowa likwiduje przyzwolenie na korzystanie z majątku firmy zarówno na potrzeby konsumpcyjne, jak i zewnętrznej działalności gospodarczej, jak byśmy to określili w dzisiejszym języku, to znaczy fuch, czyli prac wykonywanych w miejscu i godzinach pracy.
Można jeszcze dodać, że słabe możliwości zaspokojenia potrzeb konsumpcyjnych przez oficjalną płacę i proponowaną przez rynek ofertę powodowały, że owe pozapłacowe możliwości determinowały atrakcyjność miejsca pracy i faktyczny system motywacyjny. Pani w mięsnym stawała się faktycznie wpływową osobą i jej realny fundusz konsumpcji miał się nijak do nominalnej płacy. Trzydniowy wyjazd zagraniczny przynosił dochód półrocznej pracy, a zatrudnienie na uczelni w Warszawie możność uzyskania meldunku - któż to jeszcze pamięta - w zamkniętym mieście, jakim była stolica. Żyjący w chmurach centralny planista, nie uwzględniając faktycznych systemów motywacyjnych, rozbudowywał formalne systemy do granic absurdu i tak nie uzyskując oczekiwanych rezultatów.
Te historyczne uwagi mogą być przydatne w zrozumienia nie tylko odmienności ukształtowania obecnych postaw Polaków w porównaniu do tych, jakie powstaly w rynkowych realiach zachodniej Europy.
Dyskurs geograficzny
Różność postaw dotyczy nie tylko krajów położonych po obu stronach dawnej Żelaznej Kurtyny, lecz, należy dodać, uwarunkowania są znacznie bardziej skomplikowane. Przywołany w dyskusji przykład rozwiązań skandynawskich i ich nieprzystawanie do realiów polskich można rozszerzyć na stwierdzenie, że system motywacyjny działający w tych krajach nie będzie działał w innych obszarach kulturowych. Amerykański działa w Ameryce, skandynawski w Skandynawii, japoński w Japonii i, choć wszystkie te kraje są wysoko rozwinięte i posiadają sprawną gospodarkę, to pomieszanie tych systemów dałoby opłakane rezultaty.
Tym bardziej opłakane rezultaty da przenoszenie ich na grunt krajów niżej rozwiniętych, o innej mentalności, wynikłej z innej historii. I to memento pragnę zaadresować do tych menedżerów i specjalistów zarządzania, którzy chcą niemal mechanicznie zastosować w Polsce rozwiązania z odległego świata.
|